O tym, jak zwyciężyłam w Czechach, a potem przegrałam w Polsce
|
Požádal jsem nedávno naše polské přátele, Olu a Malou Gosiu, zdali by nenapsaly reportáž z pohledu zahraničních účastníků Horské tvrze a netrvalo dlouho, a objevila se mi v mailové schránce reportáž z akce psaná v polštině. Takže Vám ji zde předkládám prozatím v originále, a až se najde někdo, kdo ji přeloží, tak tu bude i v češtině (budu-li mít čas a chuť, pustím se do toho možná i sám).
-------------------------------------------------------------------------------
O tym, jak zwyciężyłam w Czechach, a potem przegrałam w Polsce
- Zobacz kochanie, chcą zorganizować w Warszawie imprezę fetysz-bdsm z prawdziwego zdarzenia. Może pójdziemy?
- A kiedy to? O kurczę, następny weekend po imprezie w Czechach. Będzie nam się chciało, jak myślisz?
- Pójdźmy, nawet z czystej ciekawości. Porównamy sobie środowisko u nich i u nas, z tego co wiem, to pierwsza taka impreza. Chcę to zobaczyć.
Informacja o planowanej Fetysz-o-manii zaskoczyła mnie. Od dwóch miesięcy Ola i ja szykowaliśmy się do udziału w dużej, wyjazdowej imprezie bdsm za naszą południową granicą i nie sądziłam, że ktoś u nas może próbować zorganizować coś podobnego. Dwa lata temu, gdy próbowaliśmy nawiązać realny kontakt z rodzimą sceną bdsm, spotkaliśmy się z totalną blokadą informacji. Maile okazywały się być nieaktualne, strony nie działały, na forach i czatach spotykaliśmy samych wirtualnych erotomanów. A tu nagle taka niespodzianka… Wyglądało to nieźle. Duży lokal, akceptowalne wstępne, obowiązkowy dresscode, planowane pokazy… Byłam bardzo ciekawa, przelałam pieniądze na wskazane konto i ostrzyłam pióro na analizę porównawczą.
Na imprezę w Czechach zapisaliśmy się jakiś miesiąc wcześniej. To też miało być pierwsze przedsięwzięcie na taką skalę. Wynajęty pensjonat, mogący pomieścić prawie 100 osób, będący do naszej dyspozycji przez całe 3 dni, a w nim ludzie znajomi i nieznajomi, których łączą jedynie nietypowe zainteresowania – to spore wyzwanie organizacyjne. Nasi przyjaciele organizowali wcześniej zloty bardziej kameralne, na największym z nich (z tych, w których uczestniczyliśmy) było ok. 30 osób. Z ciekawością śledziliśmy w internecie listę rezerwacji, która z dnia na dzień była coraz dłuższa, aż w przeddzień wyjazdu osiągnęła 70 osób.
W piątek rano zrobiłam szybki makijaż, ułożyłam włosy, spakowaliśmy ciuchy i zabawki do bagażnika – i w drogę. Nie będę odkrywcza, jeżeli napiszę, że podróż przez Polskę to droga przez mękę. Z Warszawy do Częstochowy jedzie się jeszcze jako tako, ale Śląsk to po prostu tragedia. Z powodu objazdów, remontów i korków straciliśmy prawie 2 godziny i równo z zapadnięciem zmroku dotarliśmy do obrzeży KRNAP – czeskiego Karkonoskiego Parku Narodowego. Zrobiło się nam troszkę straszno na myśl o czekającej nas jeszcze pięciokilometrowej jeździe przez las po ciemku, ale przy telefonicznym wsparciu obsługi pensjonatu, posiłkując się drogowskazami i własnym nosem – dotarliśmy szczęśliwie do celu. Z auta wysiedliśmy pod cudownie rozgwieżdżonym niebem, niemal w sercu Karkonoszy.
Na miejscu było już sporo ludzi. Nasi przyjaciele, tworzący komitet organizacyjny, witali nowo przybyłych, rozdzielali miejsca w pokojach, ustalali menu obiadowe na następne dni i udzielali niezbędnych wskazówek. Zjedliśmy kolację, zanieśliśmy bagaże, odświeżyliśmy się, przebraliśmy i zeszliśmy na dół. Cała przestrzeń na parterze pensjonatu była podzielona na dwie części – jadalnię z barem i szwedzkim stołem oraz przestrzeń "rekreacyjną". W tej drugiej toczyło się życie towarzyskie oraz "gry i zabawy" właściwe klimatowi imprezy. Przybywało coraz więcej gości, a ci, którzy przyjechali wcześniej, pojawiali się w innych strojach. Im późniejsza godzina, tym więcej było dookoła lateksu, lacku, gorsetów i wysokich obcasów. Jak zwykle na takich imprezach, zjawiło się kilka transek.
Kulminacją wieczoru był pokaz podwieszania na linach w wykonaniu mistrza Leona.
Sobota przywitała nas pięknym słońcem i niesamowitymi widokami na panoramę niemal całych Karkonoszy. Wypoczęci goście, niedługo po śniadaniu, przenieśli się ze swoimi zabawkami przed pensjonat. Przy tak dużej ilości osób naturalną rzeczą było, że zajęcia odbywały się "w podgrupach" – w jednym miejscu ktoś próbował opanować technikę posługiwania się batem, w innym pani w pięknym błyszczącym stroju zabawiała się ze swoim uległym, gdzie indziej wypróbowywano na swoich poddanych sprzęt przywieziony i użyczony przez przyjaciół. Kto miał ochotę, kibicował pozostałym, a wszystko w atmosferze pełnej żartów i życzliwości.
Na czas poobiedni zaplanowano atrakcję dla wszystkich. Tą atrakcją okazały się… zawody antropomorficznych koni. Każda chętna para (koń i właściciel) mogła wziąć udział w konkursie, a pozostali goście kibicowali i robili zakłady obstawiając swoich faworytów. Zawody przygotowano bardzo profesjonalnie – do biegu z przeszkodami ustawiono najprawdziwsze bramki i stacjonaty, było dwóch sędziów, mierzono czas, a przed biegiem odbywała się prezentacja koni dla publiczności. Drugą konkurencją było powożenie – ciągnięcie wózka wraz z osobą powożącą na dystansie ok. 400 metrów.
Łączny wynik z obu konkurencji stanowił o wyniku zawodów. Do zawodów zgłosiło się 5 par. Konkurs nabrał charakteru międzynarodowego, gdy okazało się, że oprócz 3 par czeskich wystąpią pary z Polski i Austrii. Ja co prawda napotkałam mały problem, jako że wszystkie buty jakie miałam ze sobą, były na wysokich obcasach, a niespecjalnie uśmiechało mi się skręcenie kostki na trawie lub wywrotka na asfalcie. Na szczęście jeden z przyjaciół pożyczył mi swoje buty sportowe i mogłam przystąpić do zawodów w stroju nieco mniej reprezentacyjnym, ale za to bezpiecznym.
Podstawową intencją naszego udziału w zawodach było "just for fun", ale gdy okazało się, że po pierwszej rundzie biegu z przeszkodami mamy drugi czas – w "pani powożącej" obudził się duch rywalizacji. Skutkiem tego, po zakończeniu pierwszej konkurencji byliśmy już na prowadzeniu, a w powożeniu wózkiem nie daliśmy szans rywalom, kończąc wyścig przy aplauzie zarówno naszych kibiców, jak też przypadkowych turystów. Przykrym akcentem była jedynie kontuzja naszego austriackiego przyjaciela, który dość poważnie uszkodził sobie staw kolanowy podczas biegu z przeszkodami i musiał korzystać z pomocy lekarza.
Wieczór upłynął w miłej atmosferze na pokazach, giełdzie sprzętu, wypróbowywaniu zabawek swoich i cudzych, piciu piwa i wzajemnym poznawaniu się. Następnego dnia rano wyjeżdżaliśmy z żalem i uczuciem niedosytu, zwłaszcza że część przyjaciół z Czech zostawała jeszcze do poniedziałku.
Bez złych przygód dotarliśmy do domu, włączyłam komputer i ściągnęłam pocztę. Przeczytałam o odwołaniu Fetysz-o-manii. Organizator pisał w mailu "Niestety czas zweryfikował realia i niestety nie udało się nam zebrać wystarczającej deklarowanej wcześniej liczby osób" oraz "Nie należy liczyć na gawędziarzy erotomanów, którzy w mordkach są mocni, ale jak przychodzi co do czego, to ciężko im się ruszyć z domu mamusi". Zrobiło mi się smutno… już po raz kolejny. I pomyślałam, że jak to dobrze, ve mamy przyjaciół w Czechach, a to przeciev "tylko" 600 km. Aż chce się rzec, jak Jan Dítě u Menzla:
"Tady mají dobrý pivo, sem budu chodit".
- Pro možnost psaní komentářů se přihlašte nebo zaregistrujte.
Komentáře
14. Říjen 2009 - 0:42 — Lara Lyshay

hmm
- Pro možnost psaní komentářů se přihlašte nebo zaregistrujte.
13. Říjen 2009 - 19:08 — Sadaam

po polski ?
- Pro možnost psaní komentářů se přihlašte nebo zaregistrujte.
